Wakacje Last Minute
Wakacyjnych uciech czas już dawno przeminął. Emocje opadły. Nareszcie czuję się gotowy, aby na spokojnie, bez zbędnych emocji, opisać wam jak spędziłem mój długo wyczekiwany wakacyjny urlop. Jako że człowiek tyra jak wół przez cały rok, stwierdziłem, że należy mi się porządny urlop. Pogoda w kraju niepewna, więc zamarzył mi się wyjazd w tropiki, lub inne ciepłe miejsce. Udałem się do najbliższego biura podróży o egzotycznej nazwie Sławexpol Import/Export Sp. j. Po rozmowie z przemiłą panią, wyglądającą jak przebranżowiona bufetowa, wybrałem wycieczkę do Grecji. Nie ukrywam, że skusiła mnie promocyjna cena i bogaty program wyjazdu. W umówiony dzień stawiłem się na lotnisku, nadałem bagaż i udałem się do poczekalni przed odprawą. Do lotu pozostało mi już tylko trzy godziny. Szybko zleci. W poczekalni natrafiłem na integrującą się grupę rodaków. Nie wiem jak, ale udało im się przejść przez bramki z butelkami wódki i oranżadami białymi i żółtymi znanej polskiej marki. Polak potrafi. Moje zdziwienie dotyczące szklanych butelek szybko ustąpiło miejsca zszokowaniu na widok pana w średnim wieku który nożem myśliwskim obierał jabłko. Jak się potem dowiedziałem, nożyk to obierania owocków można wnieść na pokład samolotu. Jak pomyślałem na początku, te trzy godziny minęły jak z bicza strzelił i ani się obejrzałem a już znalazłem się w samolocie. Zająłem swoje komfortowe miejsce nad skrzydłem (dlaczego zawsze mi się ono trafia?) i czekałem na start.Na przedzie samolotu doszło jeszcze do jakichś nieporozumień. Po odfiltrowaniu przekleństw i gróźb karalnych, z debaty, którą usłyszałem, dowiedziałem się, że spór między pasażerami rozgrywał się o to kto będzie siedział koło kierowcy. Panie stewardesy przystąpiły do tłumaczenia procedur na wypadek awarii. Bardzo nie lubię tego oglądać. Bo jaki jest sens tłumaczyć ludziom jak się zachowywać w przypadku wodowania, gdy wiadomo, że raczej i tak nikt czegoś takiego nie przeżyje. Kulenie się tuż przed rozbiciem się samolotu tez uważam za bezsensowne. Jak już człowiek ma zejść z tego świata to dumnie z wysoko podniesionym czołem. O! Wspomnę jeszcze, że cały instruktaż został zaprezentowany w języku angielskim (bez napisów), bo czarter którym leciałem został podstawiony przez prywatnego bułgarskiego przewoźnika. Wystartowaliśmy. Lot trwał zaledwie 16 godzin i 20 minut i już po czternastym międzylądowaniu i rutynowych naprawach podwozia dolecieliśmy na miejsce. Atmosfera na pokładzie był bardzo pogodna. Pośpiewaliśmy sobie najnowsze piosenki z krajowych stadionów wychwalające ciężką pracę policji. Z lotniska odebrał nas nasz pilot, chyba też Bułgar, bo po polsku czy po angielsku nie dało się z nim dogadać. Komunikacja przebiegała za pomocą uniwersalnego języka migowego. Z lotniska do hotelu jechaliśmy dzień lub dwa. Strąciłem poczucie czasu. To zapewne tzw. „jet lag”, sporo o tym kiedyś czytałem. Grecja okazała się piękna. Wspaniałe kręte górskie drogi . Zazielenione zbocza wspaniale udekorowane wrakami samochodów osobowych ciężarowych i autokarów. Zostałem zakwaterowany w hotelu. Obsługa bez zarzutu, poza tym, że można się było dogadać z nimi tylko w jednym unijnym języku. Greckim. Gdyby pokój miał balkon lub chociażby okno to pewnie widok byłby nieziemski. W folderze biura podróży doszło do pewnego przekłamania. Zgadzało się, że do morza było 150 metrów, lecz zapomnieli wspomnieć o tym, że w tę odległość należy wliczyć 40 metrów przepięknego klifu. Hotel miał kanalizację. To znaczy miał mieć. Do dyspozycji wszystkich gości hotelu był basen, taki szpitalny, oraz średnio wysłużona kaczka. Nie mam prawa narzekać, gdyż mobilizowało to do kontaktu z naturą w pobliskim zagajniku. Wybrałem się również na wycieczkę fakultatywną na wyspę Santorini. Polska grupa był liczna, ale nie sposób było się zgubić. Byliśmy łatwo rozpoznawalni. Słynne na cały świat białe skarpety do sandałów i torby reklamowe „żer dla skner” lub „nie dla idiotów” były fantastycznym znakiem rozpoznawczym. Każdy wcięty mocno, w obawie przed tak zwaną klątwą faraona. Wycieczka udała się fantastycznie i po odebraniu kilku osób z aresztu w wesołej atmosferze wróciliśmy do naszego hotelu. Żal mi było frajerów, którzy płacili ciężkie pieniądze, aby zobaczyć labirynt Minotaura w Knossos. Nasz hotel był o niebo ciekawszy. Żeby zwiedzić ruiny nie trzeba było opuszczać hotelu. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i nadszedł czas powrotu. Nawiązałem nowe znajomości. Gdybym kiedykolwiek potrzebował taksówki w Sochaczewie, niedrogiego alkoholu w Lidzbarku, czy wymienić kolanko w zlewie w okolicach Włocławka to mam „walić jak w dym”. A w Grajewie nikt mnie nie ruszy, gdy powołam się na moją znajomość ze Staszkiem. Po powrocie wziąłem sobie jeszcze dwa tygodnie urlopu, żeby odpocząć i zregenerować wątrobę. W przyszłym roku lecę do Furgady, gdzie zdaniem pani z biura podróży, żaden polak jeszcze nie dotarł.
napędzane przez:

|